czwartek, 26 lipca 2012

Dzień na szlaku

Po powrocie z Santiago, wielu znajomych zadaje nam pytanie, jak było, jak to wszystko (tam) wygląda. Trudno w kilku zdaniach odpowiedzieć na takie pytanie, chyba że odpowiemy – było super - ale takiej krótkiej odpowiedzi raczej nikt nie chce ;-) By opowiedzieć o tym jak było, musimy najpierw opowiedzieć o samej drodze. Nie będzie to długi opis, bo dokładne informacje na temat Camino można znaleźć w sieci, ot kilka zdań opisujących dzień na szlaku.

Do Santiago prowadzi wiele dróg, najbardziej znaną i popularną jest szlag Francuski, który ma 790 km. Przejście całego pieszo, to co najmniej miesiąc wędrówki, mało kto może sobie pozwolić na tyle urlopu. Wielu pielgrzymów pokonuje tą drogę w kawałkach, po kilkaset kilometrów na rok. Po roku wracają do miejsca gdzie skończyli i dalej. Takie rozwiązanie ma swoje zalety ale i wady. Dla Polaków, którzy muszą polecieć (czytaj zapłacić) do Hiszpanii np. 3 razy (jeśli podzielimy szlak na 3 części) jest to droga impreza, szczególnie jeśli jak my, chcieliby przejść szlak z dziećmi. Jak więc rozwiązać ten problem? Przejść fragment drogi, najlepiej końcowy, żeby dojść do Santiago. My postanowiliśmy przejść ostatnie 190 km, z Villafranca del Bierzo.


Szlak jest wytyczony zgodnie z tym jak szli pielgrzymi kilkaset lat temu. Prowadzi wioskami, miastami, lasami, polami, również wzdłuż dróg. Jest bardzo dobrze oznakowany, żółtymi strzałkami i muszlami. Trudno się na nim zgubić, jeśli już to w większych miastach, ale przy wyjściu na pewno trafi się na jakąś strzałkę ;-) W mijanych miastach znajdują się albergi, to rodzaj schronisk dla pielgrzymów. Mogą być to albergi prowadzone przez kościół, przez osoby prywatne i państwo. My najczęściej korzystaliśmy z tych ostatnich, jest ich sporo i są dość tanie (5E od osoby). Schroniska są bardzo czyste, często dostaje się jednorazową bieliznę pościelną (prześcieradło + powłoczka na poduszkę), trzeba mieć śpiwór lub coś innego do przykrycia. W albergach są prysznice, często kuchnie, gdzie można coś ugotować. W mijanych miastach (wioskach) możemy znaleźć jedną, dwie i więcej alberg. Jeśli uznajemy, że w danym dniu zrobiliśmy dość kilometrów, zatrzymujemy się tam, płacimy i śpimy ;-).

W Hiszpanii jest taka sama godzina jak w Polsce, ale ponieważ państwo to znajduje się około 2h bliżej południka 0 stopni, więc godziny są tak jakby przesunięte. Oznacza to tyle, że o 7 jest jeszcze ciemno, a o 22 jasno. By uniknąć upałów i braku miejsca w albergach (co w końcówce jest częste) wstawaliśmy przed 6-tą, a wyruszaliśmy około 6:30. Dziennie robiliśmy około 25km, na miejscu byliśmy około 14tej. Jeśli dzień był ciepły, to po 14-tej zaczynały się upały, które trwały do około 19-tej.


W mijanych kościołach, barach, albergach do specjalnych paszportów pielgrzyma zbieramy pieczątki (przynajmniej 1 na dzień). Po co? To nasze potwierdzenie, że jesteśmy pielgrzymami, dzięki temu możemy spać w albergach, a na koniec na podstawie tego dostajemy w Santiago potwierdzenie odbycia pielgrzymki - compostelę. To najważniejsza pamiątka z drogi. By ją dostać należy pieszo przejść przynajmniej 100 km, lub 200 km na rowerze.


W mijanych barach można coś zjeść, napić się, jest specjalne menu peregrino – menu pielgrzyma, z głodu (jeśli mamy pieniądze ;-) ) nie umrzemy.


Tak wygląda droga, pojedynczy dzień. Tu trzeba dodać, że po przejściu dziennego odcinka często człowiek pada ze zmęczenia (szczególnie jeśli jest ciepło), ale po kąpieli, po sjeście zaczyna się albergowe życie, rozmowy, nawiązywanie kontaktów z innymi pielgrzymami, ale to już temat na osobny wpis.