Pisaliśmy o Santiago, pisaliśmy o drodze, o rekolekcjach o
ludziach jakich Pan postawił przed nami. Brakuje w tym wszystkim zakończenia.
To, że doszliśmy do końca, to wiadomo, ale… jak to wyglądało, jak odczuliśmy
ten koniec, czy było warto.
Zacznę od końca. Pod koniec pobytu w Hiszpanii, wracając
przez Madryt, w metrze zostawiliśmy aparat. Aparat z większością zdjęć. To był
dla nas cios. Ciągle mamy nadzieję, że się znajdzie… może nie aparat (który nie
jest ważny), ale zdjęcia. Na szczęście kilkadziesiąt miała Weronika w swoim
aparacie, kilka mieliśmy w komórkach, trochę podesłał nam ojciec Rafał, jeszcze
na kilka liczymy od znajomych. Przeglądają z Izą te resztki, ciągle mówimy o
jednym. Wrócimy tam. Jak Bóg da nam zdrowie, siły, dzięki wstawiennictwu św Jakuba,
wrócimy! Wrócimy by przejść dłuższą trasę, by dłużej zagłębić się w drodze.
Odpowiadając na pytanie czy warto? Tak, bardzo.
Zagłębić się w drodze, zadumać nad sensem tego co robimy,
porozmawiać z Bogiem, wzmocnić więzy. W drodze do Santiago najważniejsza jest
właśnie droga. To jaki był koniec, nie jest istotne. To co czuliśmy w katedrze
było wzruszające, ale droga, przemyślenia, bliźni… to jest sensem Camino. Jeśli
na końcu byłaby mała kapliczka, gdzie moglibyśmy uczestniczyć w eucharystii,
niczego by nie zmieniło. Jeśli bylibyśmy zwykłymi turystami – wtedy tak, ale
dla pielgrzyma najważniejsza jest pielgrzymka.
Mimo powyższego akapitu, napiszę kilka słów o Katedrze, o
Santiago de Compostela. Santiago to ładne, stare miasto, niestety zaniedbane.
Mieliśmy porównanie do Madrytu, do zabytków w stolicy, odnowionych, wypieszczonych,
te w Santiago wyglądają niestety gorzej. Katedra jest zniszczona, zaniedbana,
ale… czuć w niej minione wieki, setki tysięcy pielgrzymów, którzy byli tu przed
nami. Pod ołtarzem znajduje się grób św Jakuba. To dzięki jego wstawiennictwu
doszliśmy do celu, tu przyszliśmy klęknąć, podziękować. Byliśmy wcześnie, w
katedrze był spokój, było niewielu turystów, mięliśmy czas na modlitwę, na
adorację Boga. Mięliśmy też czas na zwiedzenie budowli.
O 12 tej odprawiana jest msza dla pielgrzymów, Ta Nasza
koncelebrowana przez Naszego ojca Rafała. Siedzieliśmy w pierwszych ławkach,
nad prezbiterium wisiało botafumeiro. Co to? Duuuże
kadzidło. Waży około 80 kg, ma jakieś 1,6 m wysokości. Raz na jakiś czas (w
święta, na specjalne okazje i podobno gdy znajdzie się sponsor) puszczane jest
w ruch. Wierzyłem, że w ten dzień będzie się kołysać. Gdy mówiłem o tym ojcu
Rafałowi, chyba nie do końca mi ufał. Miał rację, dlaczego miał ufać mi ;-)
Przed mszą odczytywane są liczby, ilu pielgrzymów skąd doszło w danym dniu.
Dotyczy to osób, które odebrały tego dnia compostelkę. Usłyszeliśmy: czterech
polaków z Vilafranca del Biertzo. Byliśmy dumni i wzruszeni. Potem była eucharystia,
czyli najważniejsze co może nas spotkać, a po mszy… 8 akolitów rozkołysało botafumeiro.
Wiedziałem, że tak będzie. Wprawdzie nie było to najważniejsze, ale prosiłem o
to. To był kolejny znak, znak który spowodował, że oczy zrobiły się wilgotne.
Później Rafał spytał mnie, skąd wiedziałem. Odpowiedziałem prawdę. W tym roku
Pan dotknął nas tyle razy, że ten jeden dodatkowy był prawie pewny.
(Nasze botafumeiro ;-))
Jednak nie to było najbardziej wzruszające. Dla mnie, było
to zdarzenie po mszy następnego dnia. Botafumeiro już nie latało, Rafał
pojechał już do Polski, my tego dnia lecieliśmy do Madrytu. Przyszliśmy na mszę
dla pielgrzymów, trochę później, nie było już w ławkach tyle miejsca co
wczoraj. Siedzieliśmy osobno, obok mnie był pielgrzym. Poznałem go po
compostelce, on mnie po plecaku z muszlą. Po mszy wstaliśmy, uścisnęliśmy sobie
dłonie. Nie znaliśmy się, ale się Znaliśmy. Powiedzieliśmy do siebie Buen
Camino. Tylko tyle i aż tyle. Po co więcej?